31 sie 2014

GoodFest 2014. Festiwal to czy festyn ? (recenzja)

Tym wpisem reaktywuję bloga, który miał dość sporą przerwę; jednak ja dziś nie o tym.




W końcu znalazłem trochę czasu by pofatygować się na trzecią już edycję GoodFest Festiwal. Dębica (bądź co bądź) znajduje się niespełna 20 minut drogi od stolicy Podkarpacia więc koszt dojazdu był to żaden. Tym bardziej, że w tym roku lista wykonawców wyjątkowo kusiła.




Stara Rzeka zaczęła punktualnie. Gdy parę minut po osiemnastej wraz ze znajomymi mijaliśmy bramę stadionu miejskiego, z głośników atakowały już drony Kuby Ziołka. Muszę przyznać że nie potrafię na żywo przekonać się do muzyki SRz. Przed rokiem artysta prezentował się na OFFie i tamten występ również przepadł - wydaje mi się że w głównej mierze przez dość wczesną porę koncertu. Podobno muzyka ma się bronić sama, ale pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. Również i w tym przypadku magia dźwięków z albumu "Cień chmury nad ukrytym polem" po prostu przeszła obok w blasku dnia. Szkoda, choć trzeba przyznać że Ziołek nie odpuszcza i pomimo występów o tak wczesnej porze, próbuje zainteresować swoją muzyką.






Chwilę potem na scenie zainstalowała się Rebeka i od razu można było wyczuć różnice odbiorcze. Choć obydwu zespołów nie "puszcza" się w rmfach i innych zetkach, to zupełnie dwa inne światy jeśli chodzi o przyswajalność muzyki. Czego efektem było zauważalne zagęszczenie publiczności pod sceną. Zespół poczyna sobie od dwóch lat coraz śmielej, przeciera szlaki na festiwalach (Malta, Openair, OFF, Selector, Audioriver), ich muzyka zaczyna być coraz bardziej rozpoznawalna. Zagrali dość skoczny set, w końcu rytmika w ich twórczości jest dość istotna ;) Nie był to ani koncert porywający, ani koncert zły. Rebeka zaprezentowała nam po prostu solidny electropop, który bez kompleksów można polecać nie tylko w Polsce.
Uśmiechałem się tylko pod nosem, gdyż miałem wrażenie że Iwona Skwarek jedynie markowała uderzenia w elektroniczne pady. Zdaję sobie sprawę, że zespoły pokroju Xxanaxx czy Kamp! mają ograniczone instrumentarium aby uatrakcyjnić swój występ w inny sposób, ale udawanie że się "napieprza" w owe pady, naprawdę wygląda śmiesznie. Wręcz zaryzykowałbym popularne wśród hejterów pojęcie - wygląda to "słabo". Chyba że koncertu się słucha a nie słucha i patrzy ;)


Następny na scenie zaczął rozkładać się Kaliber, a ponieważ nie jestem zbytnio fanem hip-hopu, rapu i pochodnych, udałem się na konsumpcję napojów wyskokowych.Mogę li tylko przytoczyć lakoniczną wypowiedź znajomego, że koncert był (podobno) całkiem niezły. To tyle a propos K44.




Duże nadzieje pokładałem w występie chłopaków z KAMP!, których to odkryłem dla siebie stosunkowo niedawno (w tym roku). Panowie wydali niedawno EPkę o ładnie brzmiącym tytule "Baltimore", którą promowali grając właśnie owe nowe kawałki. Nie poczułem sie zawiedziony ale miałem mimo wszystko wrażenie że Michał, Radek i Tomek zagrali na pół gwizdka; nie czułem w tym występie żadnych emocji. Może stałem zbyt daleko? Tak czy inaczej, na obecną chwilę to najlepszy zespół eksportowy jeśli chodzi o szeroko pojętą muzykę popową na naszym rodzimym podwórku.




Następny w kolejce był pan Fismoll. Do Fismoll'a mam dość ambiwalentny stosunek, a raczej quasi-hipsterskie podejście. Już tłumaczę. Gdy jeszcze półtora roku/dwa lata temu człowieczek ten był mało komu znanym artystą, lubiłem posłuchać jego pięknych, rzewnych ballad. Obecnie w związku z całym hypem i zamieszaniem wokół Fismoll'a, tłumem dzikich ;-) fanek i karteczek trzymanych przez nie na koncertach, zupełnie nie potrafię strawić jego muzyki. Tak czy owak, kardynalnym błędem organizatorów było wstawienie tego koncertu w środek line-up'u. Wszyscy (nie licząc wspomnianych wyżej fanek) zasypiali na stojąco... Może i bym się z chęcią nawet wybrał na koncert Fismoll'a, ale nie na stadion, to nie ta konwencja panowie organizatorzy! Średniej wielkości sala, może mały klubik, ale nie impreza na stadionie. Muzyka Fismoll'a nie ma siły przebicia na tak wielkim obiekcie, naprawdę.


Jeśli chodzi o koncert Dawida Podsiadło i jego macierzystej grupy Curly Heads to jeszcze przed przyjazdem wiedziałem, że w jego trakcie będę okupował ogródek gastronomiczny. Jeśli chodzi o
poziom techniczny to zarówno do występu solo jak i z zespołem ciężko było się przyczepić, naprawdę wszyscy zagrali równo i można by napisać z hm... jajem. Niestety sam Podsiadło nie był w stanie pozytywnie przebić się do mojej świadomości - jego głos, barwa, styl śpiewania zupełnie do mnie nie trafia, nawet jego największy hit z trójkątami i kwadratami w tytule jest dla mnie zwyczajnie bezbarwny. Odnoszę wrażenie iż niezależnie czy śpiewa na żywo ("gimnastykując" swoje ciało po całej scenie) czy też na płycie, brakuje mu pierwiastka charyzmy, piosenki wpadają jednym i momentalnie wypadają drugim uchem. Nie zmienia to faktu, że większa część młodszej publiczności nieźle się bawiła, co można było zauważyć w postaci sporych tłumów przed sceną.




Kari, która weszła zaraz potem, próbowała zaklinać rzeczywistość, prosząc zgromadzonych o absolutną ciszę podczas wykonywania 15 minutowego utworu-wariacji, który był hołdem złożonym Pendereckiemu. Na próżno. Podejrzewam że 90 procent gawiedzi tam zgromadzonej miało najzwyczajniej w głębokim poważaniu utwór Kari, niestety.




A po jej występie nadeszła niespodzianka. Nie, nie to, żeby miał wystąpić ktoś niezapowiedziany. Na scenę weszła po prostu Brodka. Z zespołem (nie bez kozery wspominam o zespole ale o tym za chwile). I chociaż całą jaźnią nastawiałem się na Bokkę, a w międzyczasie poczekać i przy okazji może miło spędzić czas słuchając tej uroczej kobietki, to nastąpił przewrót w mojej głowie. Brodka sprawiła że o mało nie spadłem z butów. Nigdy nie widziałem jej na żywo, ale jeśli za każdym razem wypada tak świetnie, to ja już nie mogę się doczekać jej następnego koncertu. Do tej pory jej muzykę traktowałem dość pobłażliwie, owszem zdarzało mi się niejeden raz posłuchać Grandy, ale na tym moja znajomość jej twórczości się kończyła. Po tym koncercie już wiem że Brodka to rasowa artystka. A towarzyszący jej zespół, to kapitalna, profesjonalna maszyna. Świetne  zgranie, ani przypadkowej nutki, dawno nie widziałem tak
idealnie zharmonizowanego zespołu. Brodka - ukłony!




Bokka zaczęła niestety dość późno (m.in. z racji bisów Kalibra), było już zimno i... trochę pusto. Zostali najwytrwalsi. Oczywiście wszyscy muzycy wyszli na scenę w gustownych maseczkach (wiekszość z Was pewnie wie o co chodzi, a reszta - wujek gugiel pomoże). I pomimo zimna, późnej pory, oraz bolącej głowy z przepalenia papierosami, miałem ochotę zostać. Niestety brak niezależności transportowej zmusił mnie do wcześniejszego opuszczenia koncertu. Zdążyłem wysłuchać może z cztery utwory. Czuć było na scenie że wiedzą co robią, świetnie zabrzmiał Town of Strangers z połamanym, dość nietypowym rytmem. Nie odezwali się nawet słówkiem. Cała komunikacja ograniczyła się do wyświetlania napisów skierowanych do publiki miedzy utworami (patrz video). Dość oryginalnie. Koniecznie warto ich posłuchać (zobaczyć?) na żywo.




Na koniec muszę wylać wiadro hejtu (a nawet dwa) na organizatorów. Nie bez przyczyny tytuł relacji zatytułowałem pytaniem z lekką ironią.
Zmorą niebiletowanych koncertów/imprez masowych jest przypadkowa gawiedź, często mocno nawalona. Niestety ale obniża to w moich oczach (i nie tylko moich jak zdążyłem wczoraj zauważyć) "rangę" imprezy. Bo jeśli jeszcze mogę znieść inwazję rodzinek z dziećmi a nawet niemowlętami (tak tak, niemowlętami, nie pomyliłem się) to szwędającej się dresiarni już niekoniecznie. Tym bardziej że w pewnym momencie na koncercie Brodki, podszedł taki jeden do mnie zbliżając się twarzą na odległość 5 centymetrów licząc że się chyba skulę (czy coś) ;) Nie wiem czy ktoś dostał łomot, czy stało sie coś mniej lub bardziej poważnego, ale takie sytuacje nie zdarzały by się gdyby bilet kosztował 15-20 zł.


Druga sprawa to ochrona imprezy, której brak wołał o pomstę do nieba. Przez cały czas trwania koncertów nie widziałem żeby ktokolwiek patrolował wszerz lub wzdłuż teren festiwalu, nieliczne jednostki stały tylko w kluczowych miejscach rozstawione przy ogrodzeniach. Można zaryzykować stwierdzenie, że ochrona miała zwyczajnie "wyjebane". Gdyby cokolwiek stało się na środku stadionu, nikt by niczego nawet nie zauważył.

Trzecia rzecz, to tragiczna wręcz organizacja jeśli chodzi o gastronomię. Zero porządku w konstrukcji kolejek, każdy pchał się wedle prawideł dżungli. Nigdzie nie zostało oznaczone że wpierw trzeba stanąć w kolejce żeby zakupić kupon a dopiero w następnej kolejce żeby odebrać żarcie. Żeby było ciekawiej, jeśli naszła kogoś akurat ochota na kiełbaskę oraz frytki a na końcu chciał się napić piwa, to właściciele przybytku gastronomicznego (uwaga: proszę się nie śmiać, podaję nazwę owego przybytku: Lewicowy Odłam Krystynki) zaserwowali postoje w sumie w 4 (słownie: czterech) kolejkach: pierwsza po kupon, druga po kiełbaskę, trzecia po frytki i czwarta po piwo.
Prawda że cudownie ?



To wszystko łącznie - rodzinki, dresy, brak należytej ochrony (bo ta nienależyta generalnie miała większość rzeczy w dupie) plus żenujący poziom gastronomii, sprawiła, że do tej pory nie umiem sobie w stu procentach odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule. Chyba było gdzieś pośrodku. Dobrze, że przynajmniej muzyka uratowała organizatorów. I oprawa świetlna koncertów, która stała na dość wysokim poziomie.

GoodFest:
Było dobrze z małym minusem.
Mam nadzieję że wyciągniesz wnioski na rok następny.